Jak nauczyć się języka „przy okazji”?

W jaki sposób uczysz się języków obcych?

Chodzisz na konwersacje? Rozwiązujesz ćwiczenia gramatyczne? Korzystasz z fiszek do nauki słówek? Oglądasz filmy w obcym języku? Czytasz obcojęzyczną prasę? Przerabiasz kurs online? A może chodzisz co tydzień na grupowe zajęcia lub korepetycje?

Metod nauki języka jest wiele. Zwolennicy i przeciwnicy każdej z nich spierają się na polu mocnych i słabych stron – Ty na pewno też masz swoje preferencje. Warto jednak zdać sobie sprawę, że wybieranie tylko jednej metody raczej daleko Cię nie zaprowadzi, bo każda z nich kształtuje inne kompetencje i tylko razem (w odpowiednich proporcjach!) pomogą Ci osiągnąć sukces.

Dziś opowiem Ci o mojej ulubionej metodzie uczenia się języka, którą odkryłam całkowicie przypadkowo (eureka!) i nomen omen sam styl tej metody polega właśnie na przypadkowości 🙂

Metoda na „przy okazji” albo metoda efektu ubocznego

(hej, chyba powinnam to opatentować, co nie?) 🙂

Ale zaraz, po kolei, o co chodzi:

Kiedy przeprowadziłam się do Anglii kilka lat temu, nie czułam się mocna z angielskiego i oto wpadłam w świat, w którym 80% wszystkiego, co mi do życia potrzebne było właśnie po angielsku. Musiałam przerobić wiele umów i innych formalności: umowa o pracę, o wynajem mieszkania, kontrakt na telefon, ubezpieczenie (National Insurance Number) i wiele więcej, o których teraz już z perspektywy czasu nawet nie pamiętam. Musiałam dzwonić w wiele miejsc z różnymi zapytaniami: a to o ubezpieczenie samochodu, a to o rozmowę kwalifikacyjną, a to o wizytę u lekarza. Musiałam poznać swoje obowiązki w pracy i przejść przez trening (po angielsku, of kors), by wiedzieć, co ja właściwie mam robić.

I tak oto zaczęłam w angielskim wymiatać 🙂

(Nie mów mi tylko, że łatwo mi mówić, bo mieszkam w obcym kraju i to normalne, że nauczyłam się języka. Zdziwiłabyś się. To nie jest takie oczywiste. Mieszkam w mieście, gdzie pełno jest polskich sklepów, jest polski lekarz, polski dentysta, polskie restauracje i ogólnie w urzędach mogą Ci załatwić tłumacza. Także sorry, ale nie – mieszkanie za granicą nie gwarantuje, że angielski sam Ci wejdzie. Jest łatwiej, owszem. Ale bez mieszkania za granicą też się da. Tak zresztą nauczyłam się niemieckiego, ale to temat na osobny post). 🙂

Przeczytaj jeszcze raz poprzedni akapit. Pomyśl: nie mówię ani słowa o nauce słówek, o przerabianiu gramatyki, o oglądaniu filmów. Ja mówię o celach życiowych. O załatwianiu spraw. O uczeniu się nowej roli w pracy. To na tym się koncentrowałam, a nie na nauce angielskiego. Nauka angielskiego przyszła sama 🙂

No dobra, może nie przyszła sama, bo to of kors moja zasługa była, ale nie był to cel sam w sobie. Weszłam z angielskim na master level przypadkowo. Przy okazji. Efektem ubocznym.

Nie skupiałam się na tym, żeby się nauczyć zwrotów, żeby poznać nowe słówka, robić ćwiczenia gramatyczne. Nie robiłam kursów, nie chodziłam na korepetycje. Uczyłam się funkcjonować w nowym kraju. Załatwiać normalne dorosłe sprawy. Wdrażałam się w pracę. To te czynności były moim celem. Nie nauka angielskiego sama w sobie. Nie siedziałam nad podręcznikiem. Miałam cele nie-językowe do wykonania i te cele były do zrobienia po angielsku. Angielski nie był moim celem –  on był narzędziem. Ale pracując nad tym celem, udoskonaliłam też narzędzie 🙂 Makes sense?

Moim celem było na przykład zrozumieć system, którego używaliśmy w pracy i nauczyć się go obsługiwać. I dopiero „przy okazji” uczenia się programu, nauczyłam się potrzebnych mi zwrotów i słów. Nie koncentrowałam się na samym procesie nauki języka – po prostu słówka i zwroty naturalnie mi wchodziły niejako „przy okazji” uczenia się obsługi systemu.

Dlatego, moja droga, jeśli chcesz wzmocnić swoje kompetencje językowe, co ty na to, by język nie był celem samym w sobie, tylko efektem ubocznym? Nie celem, a narzędziem?

Być może chcesz się dowiedzieć, jak dbać o swoją cerę, jak się malować, poznać recenzje jakiegoś produktu. Znajdź zatem konto YouTuberki po angielsku i skup się na tym by zrozumieć jak się malować. Nie myśl: obejrzę ten filmik, by podszkolić angielski. Myśl: obejrzę ten filmik, by dowiedzieć się, jak się malować. Celem nie jest nauka języka. Nauka języka po prostu się dzieje.

Być może chcesz pogłębić swoją wiedzę w jakimś obszarze. Poznać lepiej Agile, zgłębić temat zdrowego odżywiania lub pracy naszego mózgu. Na co czekasz: poszukaj materiałów w obcym języku! Internet roi się od wykładów, wystąpień, podcastów czy eboków. I znowu tutaj nauka języka nie jest celem. Ona po prostu się dzieje.

Kiedy kilka miesięcy temu przygotowywałam się do certyfikatu Scrum Master, zaczęłam słuchać podcastów na temat Scruma po francusku! Celem samym w sobie nie była nauka francuskiego, tylko poznanie artefaktów, ceremoni i ról w Scrumie. Poszerzenie słówek i lepsze zrozumienie było efektem ubocznym 🙂

Kiedy robiłam szkolenie i certyfikat Prince2 Practitioner, wszystko odbywało się po angielsku. Pojawiło się bardzo dużo nowych dla mnie pojęć, którymi teraz już władam biegle, ale nie dlatego, że usiadłam i godzinami uczyłam się słówek i zwrotów w tematyce zarządzania projektami. Wręcz przeciwnie. Moim celem było zrozumieć zasady i procesy, nauczyć się metodologii PM samej w sobie. Rozszerzenie bazy angielskiego słownictwa to – again – efekt uboczny 🙂

Dlaczego tak lubię tę metodę?

Po pierwsze: uczę się rzeczy przydatnych mi do życia i związanych z moimi zainteresowaniami. Nie muszę przecież znać zwrotów i słówek w każdym obszarze. Po co mi się uczyć słówek, na przykład z zakresu zaawansowanej medycyny, jeśli w życiu codziennym nie prowadzę żadnych konwersacji w tym temacie? (Choć już na przykład, kiedy leżałam w szpitalu, nauczyłam się sporo pojęć, których nigdy wcześniej nie znałam, bo – heloł – nie były mi do niczego potrzebne. Gdyby przyszło mi uczyć się zestawu tych słówek, być może i bym przez to przebrnęła, ale po pierwsze szło by mi to o wiele wolniej, a po drugie z braku ich używania, prędko bym zapomniała).

Pracuję w branży Tech i zetknęłam się z nią tak naprawdę dopiero w Anglii. Wszystko czego się nauczyłam, nauczyłam się po angielsku. Nie potrafiłabym prowadzić z Tobą konwersacji na temat mojej pracy po polsku. Lub musiałabym się nieźle wysilić, bo zwyczajnie nie znam fachowego słownictwa w tej dziedzinie po polsku. Jak mi będzie to potrzebne, to wtedy nadrobię 🙂 Mówienie biegle nie oznacza, że umiesz powiedzieć wszystko. Ale wiesz na tyle dużo, że nie wstydzisz się zapytać, co dany zwrot oznacza. Uczysz się tego, co jest Ci przydatne. Pamiętasz zasadę 80/20? Jak najbardziej ma zastosowanie w nauce języków

Po drugie: załatwiam dwie rzeczy za jednym zamachem. Rozwijam swój język i poszerzam wiedzę w interesującym mnie temacie. To się nazywa efektywność 🙂

I po trzecie: efekt niespodzianka. Nagle ni stąd, ni zowąd okazuje się, że – hej! – ile ja już umiem po angielsku, kiedy ja się tego wszystkiego dowiedziałam – jakoś to tak samo mi weszło 🙂 Nie czujesz żadnego ciężaru czy wysiłku związanego z nauką języka, bo masz wrażanie, że to wszystko jakoś tak samo Ci wchodzi.

A zatem kochana – co powiesz na naukę języka „przy okazji”? Być może już ją stosujesz, a jeśli nie – spróbujesz?

4 Comments

  1. Namysłowska 3

    Podpisuję się czterema kończynami; szczególnie pod stwierdzeniem, że mieszanie za granicą jest równoznaczne ze znajomością języka. Nic z tych rzeczy – jeśli nie chcesz, nie wykazujesz inicjatywy, nie nauczysz się. A najlepsza metoda to właśnie „przy okazji”. Dlatego sama po przeprowadzce do Berlina bez znajomości języka, a tym samym szans na pracę w zawodzie, zdecydowałam się na jakąkolwiek, która gwarantowała mi codzienny kontakt z językiem i ludźmi posługującymi się nim na codzień.

    1. simply.ewa

      Dziękuję Ci bardzo! Taki rodzaj nauki jest na pewno najbardziej naturalny. Skupiasz się na zrozumieniu innych ludzi a nie na nauce jako takiej. I tak jakoś samo wychodzi niemal 🙂 Ogromny szacun za odwagę – wiem, jak ciężko jest zacząć w innym kraju bez języka.

  2. Marcelina

    Miałam swój epizod mieszkania w Anglii i załatwianie wszelkich formalności to była tak naprawdę moja pierwsza lekcja języka angielskiego. Bez przygotowania gramatycznego poszłam na żywioł. Pamiętam moje wizyty w banku jak się stresowałam czy będę umiała poprawnie powiedzieć to i to. Okazało się, że da się i to jeszcze bezproblemowo. W pracy tez automatycznie czasem łapało się angielski, bez analizowania w głowie – czy dobrze odmieniałam czasownik? itd. Bardzo sobie ceniłam wszelkie wyjścia z ang znajomymi, bo chciałam mieć jak najwięcej styczności z jeżykiem. W ogóle w pracy pierwsze co, to uczyli mnie przekleństw 😀 Przemiło wspominam ten czas.

    1. simply.ewa

      Brawo Marcelina! Język jest narzędziem nie celem. Nie powinniśmy uczyć języka jako takiego w sobie, tylko uczyć się porozumiewać w obcym języku. To fakt, najszybciej uczą przekleństw haha – ale przydaje się potem 🙂

Dodaj komentarz